niedziela, 2 grudnia 2012

A teraz świeci na niebie...



Czasem najdzie mnie ochota na wpatrywanie się w niebo. Szczególnie w nocy. Lubię wyjść z kocem na balkon, usiąść na plastikowym krześle i popatrzeć na księżyc, na gwiazdy, na chmury sunące po niebie i zakrywające srebrzystą tarczę od czasu do czasu. Lubię te chwile, ponieważ one przypominają mi wypady pod namiot z W. W sumie to nie wiem, czy rozkładanie namiotu w ogródku można nazwać „wypadem pod namiot”. Jednak dla siedmioletniego dzieciaka, dla którego dom jest całym światem, jest to monumentalne wydarzenie, które zapada głęboko w pamięć.
Patrzenie w nocne niebo z W. było jak magiczna podroż w gwiazdy… jak zwiedzanie Drogi Mlecznej… droczenie się z Małą i Wielką Niedźwiedzicą… jak zabawa w chowanego z Kasjopeą, Cefeuszem, Andromedą, Orionem i Smokiem…  
To W. nauczył mnie odnajdywać gwiazdozbiory – dzięki niemu wpadłam na pomysł, żeby rodzice kupili mi teleskop na urodziny… Dzisiaj przypuszczam, że kurzy się gdzieś na strychu, na którym jest wiele rzeczy z mojego dzieciństwa… z mojej przeszłości… Kiedyś, rozmawiając z mamą, nazwałam strych cmentarzyskiem wspomnień. Ta rozmowa miała miejsce kilka miesięcy po śmierci W. i moja mama wysunęła z tych słów dość daleko idące wnioski – myśli samobójcze. Nie wiedziałam o tym, dopóki nie zostałam wysłana do psychologa – od tamtej pory bardzo uważam na to, co mówię, dokładnie ważę słowa, by nie martwić rodziny.
Wczoraj, kiedy siedziałam w domu, a czerwone cyferki zegarka elektronicznego stojącego na blacie biurka pokazały drugą nad ranem, wzięłam gruby koc z fotela i wyszłam na balkon. Siedziałam tam dość długą chwilę i patrzyłam w niebo… Widziałam tylko chmury. Żadnego księżyca… Żadnej gwiazdy… Tylko mrok i chmury. Ciemność.
Do pokoju wróciłam, gdy zaczęło świtać. Nie chciałam, żeby którykolwiek z domowników zobaczył, jak wchodzę z balkonu do domu – mogliby dorobić do tego kolejną historię, a tego chciałam uniknąć.
- To jest Kasjopea. – W. chwycił mój nadgarstek i przesunął moim palcem po niebie, aż w końcu zatrzymał się na jednym z gwiazdozbiorów – Widzisz? – skinęłam potulnie głową, choć nie byłam pewna, czy patrzymy w to samo miejsce – Czytałem ostatnio, że z Kasjopeą wiąże się straszna historia, chcesz posłuchać? – ponownie skinęłam. Od dziecka uwielbiałam straszne historie – Kasjopea była żoną Cefeusza, króla Etiopii. Mieli córkę, którą nazwali Andromeda.
- Na niebie też jest Andromeda, prawda?
- Tak, ale o niej jeszcze niewiele wiem. Tylko ogólniki.
- Żyli długo i szczęśliwie w tej Etiopii?
- Właśnie, że nie. Bo Kasjopea była głupia, samolubna i egoistyczna. I próżna też była… I pewnego dnia ogłosiła w całym kraju, że jest piękniejsza od nimf… nie pamiętam teraz jak się nazywały… Ale nimfom się to w każdym razie nie spodobało i poskarżyły się swojemu tacie, Posejdonowi. Wiesz, kim był Posejdon? Mówiłem ci o nim ostatnio.
- Królem mórz i oceanów!!! – zawsze sprawdzał moją wiedzę… A ja, mimo wszystko, uwielbiałam, gdy zadawał mi pytania, na które znałam odpowiedzi. Dzięki niemu.
- Dobrze! A myślałem, że mnie nie słuchałaś. – szturchnęłam go w ramię i zachichotałam. Siedmiolatki tak robią… chichoczą z byle powodu… - Posejdon kazał swojemu oswojonemu potworowi morskiemu, Krrrrakenowi, zaatakować Etiopię, miał pożerać ludzi i ich jedzenie. – zakrzywił palce jak szpony i udawał, że mnie atakuje, a ja śmiałam się i piszczałam, gdy szczypał mnie po bokach – Jedynym ratunkiem było poświęcenie córki, Andromedy. To był jedyny sposób na ocalenie kraju. A Kasjopea i Cefeusz byli gotowi to zrobić.
- Chcieli oddać córkę potworowi? – pamiętam, że wtedy chciało mi się płakać, bo zastanowiłam się, czy mama i tata też by mnie oddali, by ocalić jedzenie – Ale za jedzenie? Dlaczego?
- Nie za jedzenie, głupia, tylko za kraj! Chcieli ocalić ojczyznę! – wziął latarkę, zaświecił ją i przystawił sobie pod brodę. Nie lubiłam tego. Jego oczy były wtedy jak dwie czarne otchłanie… Były zimne i puste… - Przywiązali dziewczynę do pomostu i czekali wraz z ludem na przybycie Krrrakena… Czekali i czekali… Aż tu nagle…. BAM!!! Wyłonił się z morskiej piany!!! I poruszał się szybko w stronę uwięzionej dziewczyny! Płakała i szarpała się, ale nie mogła sobie pomóc!
- Ale uratowali ją, prawda!? Zabili potwora!? No uratowali ją przecież!!! – piszczałam i kręciłam się szarpiąc za latarkę, którą trzymał, a W. tylko śmiał się widząc moje przejęcie losem Andromedy.
- Tak, tak… Uratowali ją. Uratował ją Perseusz, który potem został jej mężem i takie tam…
- I żyli długo i szczęśliwie, tak? – odetchnęłam z ulgą.
- Facet zabił potwora, ożenił się z Andromedą i wszyscy byli zadowoleni. Tak jak chciałaś.
- I dobrze! Bo tak powinno być! A Kasjopea była głupia! Na pewno była stara i brzydka!
- A teraz świeci na niebie.
- Bo miała szczęście!
Tę historię pamiętam najlepiej ze wszystkich historii o gwiazdozbiorach… Być może ze względu na próżną i samolubną królową Etiopii… A może ze względu na Krrrrakena… Albo zaimponował mi dzielny Perseusz. Nie wiem. Ale pamiętam historię… I przypominam ją sobie, za każdym razem, gdy dostrzegam na niebie Kasjopeę.
A teraz siedzę z laptopem na strychu.
I wiecie co…
Znalazłam pudło z teleskopem. Chyba je odkurzę. I powspominam stare dobre czasy.



piątek, 26 października 2012

"Jestem zły, jestem sam, jestem ogniem."

Wpadła mi w ręce książka pt. "Biała jak mleko, czerwona jak krew" Alessandra D'Avenia i chciałabym przytoczyć pewien akapit, który wywołał we mnie całą lawinę sprzecznych emocji. Jest w nim tyle żalu, gniewu, nienawiści... tęsknoty, bezradności, utraty nadziei... głębokiego smutku, który wyżera nas od środka. Wyżera nasze człowieczeństwo.
Aachh... Chyba nadal nie mogę się pozbierać.



„Nie chcę grać na gitarze. Nie chcę jeść. Nie chcę mówić. To kara za to, co się stało. Słusznie, należała mi się. Ojciec i matka mieli straszne twarze, kiedy o czwartej nad ranem wróciłem do domu. Nigdy przedtem nie widziałem ich w takim stanie, i to z mojego powodu. Osiągnąłem, co chciałem osiągnąć, znalazłem sposób, żeby obronić się przed tym jadowitym skorpionem, jakim jest rzeczywistość. Tylko nienawiść truje skuteczniej niż on. Nienawiść szybka jak ogień, gdy pochłania papier czy słomę, nienawiść, która niszczy wszystko, czego dotyka, a im więcej uda jej się zniszczyć, tym jaśniej płonie. Jestem zły, jestem sam, jestem ogniem. Jestem twardy jak stal.
Sposób na życie. Niszczyć, by przetrwać.”[1]


[1] Alessandro D’Avenia, Biała jak mleko, czerwona jak krew, Znak, 2011, s.163.




środa, 19 września 2012

Z odmętów przeszłości.

Miłość to próżnia... Czarna dziura, w którą wpadamy, pozwalamy jej się zamknąć wokół nas...
A potem rozpaczliwie szukamy wyjścia...
Drogi ucieczki, która nas wyzwoli...
Będzie wybawieniem od cierpienia...
Od konsekwencji tego destruktywnego uczucia, którego szukamy, a które nas rozczarowuje...
Ludzie zakochani to masochiści w pełnym tego słowa znaczeniu...

Jesteś dla mnie wszystkim.
Tęsknię za tobą, tak trudno to zrozumieć!?
Jesteś najlepszym, co mnie spotkało w całym moim popieprzonym życiu! 
Bez ciebie nie potrafię odnaleźć siebie... Nie wiem już, kim jestem...
Czasem mam wrażenie, że wpadniesz zaraz do przedpokoju i zaczniesz machać rękami, i opowiadać o czymś, co cię wzburzyło... A potem weźmiesz w dłonie swój kubek z herbatą, usiądziesz obok mnie opierając się o moje ramię... i po kilku sekundach zapytasz: "Przytulisz mnie w końcu, czy mam szukać chętnych gdzieś indziej?" - zrobisz to nie czekając aż się domyślę, bo jesteś zbyt niecierpliwa. Zawsze taka byłaś... Czułem się przy tobie, jakbym miał w zasięgu ręki moje własne małe tornado.
Pojawiałaś się i wywracałaś wszystko do góry nogami. Sprawiałaś, że moje życie było lepsze... sprawiałaś, że żyłem... że czułem... I byłem cholernie szczęśliwy...

Kiedyś nie zwracałam uwagi na romantyczne wywody T. dotyczące mojej osoby. A dziś naszła mnie taka myśl... takie odległe wspomnienie... Zaczęłam za tym tęsknić... Tęsknić za Nim. 
Dlatego postanowiłam w jakiś sposób uwiecznić słowa osoby, która odegrała ważną rolę w moim życiu. Mam nadzieję, że ja w Jego również... 
Nie wspominajmy się źle...



środa, 12 września 2012

Właściciel i jego Cień



            To takie dziwne, gdy po jakimś czasie człowiek zdaje sobie sprawę, że przez większość czasu był cieniem. Cieniem kogoś innego… kogoś silniejszego… kogoś, kto stanowił opokę, schronienie, niezastąpiony azyl… kogoś, kto istniał i stanowił niezastąpioną „część krajobrazu”, bez której nie jesteśmy tą samą osobą.
Jestem silną osobą. Jednak łatwiej było mi ukrywać się za plecami kogoś o wiele silniejszego (przynajmniej tak mi się wydawało). To było takie proste… Ja jedynie istniałam w symbiozie z Nim. Stanowiłam nieodłączne tło głównej postaci na obrazie – szare tło, do którego z reguły nie przywiązuje się zbytnio uwagi.
A potem… nagle… mój symbiotyczny partner zniknął.
A ja nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Byłam cieniem szukającym swego właściciela.
I odnalazłam Jego. Nowego posiadacza mnie-cienia.
Koegzystowałam w takim odpowiadającym mi, jakże bezpiecznym i pewnym, zawieszeniu. Ale ono również się skończyło. Więzy pękły… Właściciel zniknął…
Przez chwilę czułam się, jakbym miała wszystko, moja harmonia była idealna. Ktoś pstryknął palcami i cały świat pękł dzieląc się na niepasujące do siebie elementy układanki. Wbrew wszystkiemu odnalazłam kogoś, kto tę łamigłówkę złożył z powrotem w harmonijną całość. I potem znowu - pstryk…
Teraz nie szukam już właściciela… Jestem cieniem samym w sobie. Cieniem samej siebie. Swoją panią i swoim cieniem. Sama próbuję złożyć swoje puzzle, doprowadzić obrazek do porządku. Próbuję sprawić, by postać na szarym tle ukazała mnie, by obraz był mną.
Może te wszystkie porównania są idiotyczne… jednak nic nie poradzę, że tak właśnie czuję.

Dzisiaj nie jestem jeszcze spójnym obrazem… Dzisiaj prowadzę walkę z elementami układanki… Może nie dziś, ani nie jutro… Ale wkrótce – mam zamiar doprowadzić do chwili, w której spojrzę w lustro i przyznam, sama przed sobą, że jestem kompletna.
Nie będę cieniem…
Nie będę szarym tłem…
Nie będę niepasującym, porzuconym elementem…
Będę całością.


piątek, 13 lipca 2012

"Nostalgia anioła" Alice Sebold

    Na początku dowiadujemy się, że nastoletnia Susie zostaje zamordowana przez sąsiada, którego nikt nie podejrzewa(aż do czasu...). Potem powoli wchodzimy w świat, w którym dziewczynka żyła, poznajemy jej rodzinę, rodzeństwo, chłopaka, który nigdy nie był - i już nie będzie - JEJ chłopakiem, koleżankę (chociaż według mnie to i tak za dużo powiedziane), która kiedyś była dla niej kimś mało istotnym, a po śmierci staje się równie ważna, co rodzona siostra. Wspólnie z Susie oglądamy życie, które toczy się na ziemi... bez niej. Śledzimy kroki policji, która próbuje rozwiązać zagadkę jej śmierci i boryka się z problemem, którym jest brak ciała nastolatki. Zacieranie śladów przez mordercę... Żal Susie, która nigdy nie dorośnie... Tęsknota, ból i rozterki rodziny Salmonów, której członkowie mimo wszystko muszą dalej funkcjonować... jakoś żyć. Właśnie tym była dla mnie "Nostalgia anioła". Ukazaniem, jak ludzie zmagają się ze światem, z prawdą po tym, jak śmierć dotyka kogoś z najbliższych.
Nie byłam pod przytłaczającym wrażeniem... i przyznaję to z żalem, ponieważ słyszałam wiele dobrego na temat powieści Alice Sebold. Być może miałam zbyt duże oczekiwania, co do treści. Ale mniejsza z tym!
Nie miałam zastrzeżeń co do stylu, do bohaterów, do sposobu, w jaki autorka "poprowadziła" opowieść Susie Salmon. Doszłam po prostu do wniosku, że to nie moja bajka.
Książka jest bardzo życiowa. Wszelkie mądrości przewijały się niemal przez każdą ze stron i trafiały do mojego umysłu budząc szare komórki do działania. Pojawiały się pytania, na które usilnie poszukiwałam odpowiedzi, z którymi kładłam się spać i budziłam się. Jednak mimo wszystko... w pewnym momencie przyłapałam się na tym, że nie mam ochoty sięgać po tę książkę. Może akurat utknęłam w punkcie, który mnie zanudził - i nie ma co tu kryć, znalazłam kilka takich sytuacji, o których dalszym rozwoju nie chciałam wiedzieć, dla mnie było to zbędne.
Chciałabym tu zauważyć, że jestem osobą, która lubi wartką akcję, zagadki, wyrazistych bohaterów i dreszczyk emocji, który budzi we mnie każda następna strona. Być może dlatego lektura nie wzbudziła mojego zachwytu.
Lecz ostatecznie wyciągnęłam pewne wnioski po przeczytaniu tej pozycji. Na kartach "Nostalgii anioła" nie znajdziecie sensacyjnego thrillera. Tam natraficie na filozofię życia, ból straty, poszukiwanie swojej ścieżki, próbę radzenia sobie ze śmiercią bliskiej osoby na własny sposób, poszukiwanie swojego miejsca na ziemi...
Książka mnie nie zaskoczyła, a pytania, które obudziła w mojej głowie czasami aż mnie przytłaczały. Jednak cieszę się, że ją przeczytałam. Mogłabym powiedzieć nawet... że dzięki niej zyskałam pewne nowe doświadczenia. Doświadczenia, które zmusiły mnie, by spojrzeć inaczej na moje życie, na świat, który mnie otacza, na sens mojego istnienia. Zyskałam pewne... doświadczenia. Doświadczenia związane z nostalgią anioła.
Mimo wszystko polecam osobom, które lubią zmierzyć z filozoficzną refleksją zawartą w książkach.


"Cień Poego" Matthew Pearl

    Czytając przeróżne opinie na temat powieści Matthew Pearla natknęłam się na niesamowicie wiele krytycznych recenzji, w których książka jest nieustannie porównywana do literackiego debiutu autora, a mianowicie do "Klubu Dantego". Na moje szczęście nie przeczytałam jeszcze wspomnianej pozycji i moja opinia nie będzie do niej nawiązywać.
    Na tę książkę wpadłam zupełnym przypadkiem - wpisałam w Google hasło "Poe" i szukałam jakiejś porządnej biografii. A tu nagle taki numer! Znalazłam powieść, której krótka recenzja (zamieszczona na okładce) zaintrygowała mnie. Sam pomysł na książkę, która zawiera w sobie sprytnie uknutą intrygę/zagadkę i wplątane wątki biograficzne z życia poety, wydał mi się niesamowity. Dlatego chciałam sprawdzić, jak autor poradził sobie z tym swoistym wyzwaniem pisarskim. I, podjąwszy męską decyzję, wybrałam się do najbliższej biblioteki w celu znalezienia powieści.
     Bohaterem utworu jest Quentin Clark, adwokat i osoba dość poważana przez mieszkańców Baltimore, odziedziczył po ojcu pokaźną sumkę pieniędzy, rodzinny biznes (oparty na handlu) i "Glen Elizę". Przyjaźni się z Peterem, z którym się wychowywał, a który obecnie jest jego wspólnikiem w kancelarii. Ma już również kogoś, z kim chciałby spędzić resztę swojego życia, kogoś, z kim rozumie się niemal bez słów - na imię jej Hattie. Adwokat jest pasjonatem twórczości i wielkim fanem Edgara Allana Poe - i ten fakt, to przywiązanie do ekscentrycznego artysty, ma ogromny wpływ na losy mężczyzny.
Życie Quentina zmienia jedno wydarzenie, którego uczestnikiem staje się przez przypadek. Ale jak to często bywa w książkach pełnych zagadek... Od jednego zbiegu okoliczności zaczyna się cała lawina nieoczekiwanych zdarzeń. A historia pana Clarka zaczyna się od przygodnego udziału w pogrzebie. Czyj to pogrzeb? Z jakich powodów znalazł się na nim Quentin? Kto w nim uczestniczy? Jak dalej potoczy się zagadka "Cienia Poego"? Aby się dowiedzieć wystarczy sięgnąć po książkę Matthew Pearla. Gwarantuję, że nie pożałujecie.

Na początku - zanim zacznę swoją małą filozofię - chciałabym zauważyć, że już sam wstęp mnie zaciekawił. Jest to nieco ponad strona zapisu, a tyle tekstu wystarczyło, abym zainteresowała się rozwojem wydarzeń opisanych w "Cieniu Poego".
Opisy Baltimore i Paryża są przekonujące. Czasami czułam się tak, jakbym to ja była Quentinem Clarkiem i oglądała opisywane miejsca jego oczami. Opisy nie są męczące!!! Dla mnie jest to istotne, ponieważ jestem uczulona na rozległe, porównawcze relacje z widocznych krajobrazów i miejsc, które rozwlekane są na dziesięć stron i wręcz ciężko przez nie przebrnąć. Ten wyznacznik książka spełniła - nie zamęczyła mnie niepotrzebnymi scenami i zobrazowaniami. Bardzo podobało mi się również wiarygodne ukazanie społeczeństwa Baltimore - ludzi złaknionych sensacji i ślepo podążających za nowinkami prasowymi, które napędzają machinę trendów i mody.
Główny bohater - Quentin Clark - cóż mogłabym powiedzieć... Na początku mnie irytował... Nie mogłam zrozumieć pobudek, które nakłoniły mężczyznę do rozwiązania zagadki śmierci Poego. Bardzo się starałam, ale chęć obrony czci poety, nie przemawiała do mnie i strasznie mnie drażniły wszelkie wzmianki na ten temat. Po jakimś czasie dopiero (kilka rozdziałów dalej) Quentin zaczął wywoływać we mnie inne emocje, dopingowałam go, współczułam mu,zaczęłam z niecierpliwością czekać, aż w końcu odnajdzie to, czego szukał.
Bardzo zaimponował mi portret femme fatale, którą stworzył Matthew Pearl - tajemnicza, podstępna, przebiegła, bystra i niesamowicie intrygująca. Jednym słowem - Bonjour.
Odnośnie bohaterów nie będę się zbyt obszernie rozpisywać - wspomnę jedynie o szerokim wachlarzu postaci, które przewijają się przez karty powieści i każda z nich wywołuje u nas pewne emocje.
Zakończenie mnie usatysfakcjonowało. Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś oczywistego i nudnego, czegoś, co dziecko mogłoby wywnioskować. A ono było totalnie błyskotliwe!
Oczywiście niewyjaśniona zagadka tajemniczego Reynoldsa - spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Chociaż muszę przyznać, że do końca miałam tę nikłą nadzieję, iż autor mnie zaskoczy jeszcze w tej sprawie. No ale cóż...
     Fanatyczne wręcz poszukiwanie pierwowzoru Dupina z opowiadań Poego... szczerze powiedziawszy, jeżeli chodzi o tę kwestię, sama dałam się ponieść wyobraźni i zaczynałam szukać argumentów na korzyść poszczególnych osób i wmawiałam sama sobie: "Tak! To musi być on! Nie ma mowy, żeby było inaczej!". Przewróciłam kartkę dalej... i cała moja koncepcja upadała.
Pościgi, strach, ucieczki, prześladowcy, którzy depczą po piętach, fascynacja obcą kobietą, a jednocześnie miłość do kobiety, która wydaje się nudna aż do szpiku kości, a ostatecznie okazuje się najwierniejszą przyjaciółką i drugą połówką; zdrady, fałszywi sprzymierzeńcy, zagadki, ciekawostki. To wszystko i o wiele więcej znajdziecie w książce Matthew Pearla, której egzemplarz już niedługo zaszczyci moją prywatną półkę. 
POLECAM!!!


sobota, 12 maja 2012

Jedna osoba... Tyle wspomnień powróciło...


Poznałam kogoś… Kogoś, kto jest tak upiornie normalny, że aż mi się to w głowie nie mieści…  A najśmieszniejsze jest to, że tak naprawdę on jest najbardziej normalną, a zarazem nienormalną osobą, jaką miałam okazję spotkać do tej pory. To co napisałam jest głupie, wiem… Jednak nie potrafię podsumować Adama w inny sposób. Na samą myśl o nim zaczynam odczuwać wewnętrzny spokój. To wszystko jest tak niesamowicie dziwne i irytujące, że aż mnie ręce świerzbią, żeby czymś rzucić. Drażni mnie sposób w jaki na mnie działa ten chłopak… Drażni mnie jego uśmiech i to, jak mruży oczy patrząc na mnie, przekrzywiając głowę… To wszystko, co się niedawno wydarzyło jest wręcz absurdalne. Ale od początku mniej więcej… muszę to jakoś ogarnąć…
Pokłóciłam się w poniedziałek z T. – mój chłopak przechodzi chyba jakieś burze hormonalne ostatnio, bo nie potrafi przejść obok mnie nie mamrocząc pod nosem wszystkich swych żali do całego świata… W końcu stwierdziłam, że mam dość. Zabrałam torbę i wyszłam z domu. Poszłam z koleżanką do jednej z wrocławskich knajp, w której akurat odbywał się koncert jakiegoś, dopiero raczkującego, zespołu. Zamówiłyśmy sobie po piwie i usiadłyśmy przy stoliku w ciemnym kącie sali. Pod sceną zebrał się tłumek piszczących i szepczących dziewczyn, które szykowały się na jakieś wielkie wydarzenie muzyczne. W knajpie nie było tłumu ludzi walących drzwiami i oknami. Stoliki były pozajmowane, a skrzeczące panny gromadziły się pod niewielką sceną, na której członkowie zespołu rozstawiali instrumenty i nastrajali się. Nie interesowało mnie to zbytnio… Miałam na głowie własne problemy… Przyjaciółka słuchała cierpliwie mojego paplania i przytakiwała co jakiś czas zerkając na scenę kątem oka. Chyba nie bardzo wiedziała, co powinna mi powiedzieć, poradzić… Nie przeszkadzało mi to. Ja chciałam się jedynie wygadać, chciałam, żeby ktoś mnie wysłuchał i pomilczał ze mną. Wiedziałam do kogo powinnam zadzwonić – Ada sprawdziła się doskonale.
Zaczął się koncert. Skończyłam sączyć moje piwo przez słomkę i zaczęłam obgryzać jej końcówkę. Wokalista smęcił jakieś rockowe ballady do mikrofonu. Podobały mi się. Uspokajały moje nerwy, koiły napięcie skumulowane w moim ciele… Odchyliłam się na oparcie krzesła i zaczęłam rozmowę z Adą na temat naszych zbliżających się egzaminów i wiecznego poszukiwania pracy na wakacje. Dziewczyna chwyciła haczyk – tak jak sądziłam, jak się tego spodziewałam. Ludzie czasami są niesamowicie przewidywalni. Ale nie przeszkadza mi to – to znak, że nie są dla ciebie groźni, że możesz przewidzieć każdy (a przynajmniej większość) ich ruch. Jesteś bezpieczny… Po półtorej godzinie koncert się skończył. A my nadal siedziałyśmy w tym samym miejscu – ja z sokiem pomarańczowym przed sobą, a Ada pochłaniając drugie piwo. Nie przepadam za piwem – irytuje mnie jego gorzki smak i nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy piją je hektolitrami na imprezach.
I wtedy na moim stoliku wylądowały pałeczki do grania na perkusji i usłyszałam szuranie dostawianego krzesła. Wzdrygnęłam się, usiadłam prosto i ze zmarszczonymi brwiami wpatrzyłam się w uśmiechniętego bruneta opartego łokciami i blat mojego stolika. Gapiłem się w te jego mahoniowe oczy i zastanawiałam się, czego on tutaj szuka. Rzuciłam okiem na Adę, która niemal śliniła się na jego widok – nie mogłam mieć jej tego za zła, zawsze miała słabość i do muzyków, i do brunetów.
- O co chodzi? – mruknęłam krzyżując ręce na piersiach.
- O nic szczególnego. – odparł chłopak zachrypniętym głosem – Pomyślałem, że chcę się dowiedzieć, jak masz na imię, więc podszedłem. – szczerzył się do mnie jak głupi. I co ja niby mogłam sobie wtedy o nim pomyśleć. Oto jakiś tani Casanova,  myślący, że jest Bóg wie kim i jak jest przystojny, wyruszył na łowy – Jestem Adam. – wyciągnął dłoń w moim kierunku. Zerknęłam najpierw na jego dłoń, potem w jego oczy i z lekkim ociąganiem podałam mu swoją. Milczałam – Jak masz na imię, bo chyba nie dosłyszałem. – zmarszczył brwi nadal się szczerząc.
- Bo go nie powiedziałam, więc jak mogłeś usłyszeć. – parsknęłam wyciągając dłoń z jego uścisku.
- To jakaś tajemnica? – nie tracił dobrego humoru, co strasznie działało mi na nerwy.
- Dla ciebie tak. – sarknęłam odwracając ostentacyjnie wzrok. Knajpowi podrywacze zawsze potrafili mnie wkurzyć. Nie musieli się nawet zbytnio starać… - A teraz bądź tak miły i odejdź tam, skąd przyszedłeś.
- I.! – syknęła Ada kopiąc mnie pod stołem – Nie bądź niemiła, chłopak chciał cię poznać. – skierowała wzrok z powrotem na niego w przepraszającym uśmiechem – Jestem Ada. A to moja niewychowana koleżanka, I..
- Miło mi. Zastanawia mnie twój wojowniczy nastrój. – przekrzywił głowę świdrując mnie wzrokiem – Jak graliśmy z chłopakami na scenie nawet na nas nie zerknęłaś. Zastanawia mnie…
- Nie wszyscy muszą na was patrzeć. – urwałam mu.
- Nie chodzi mi o oglądanie koncertu. Mam na myśli, że nawet na chwilę nie popatrzyłaś co się dzieje na scenie, jak wyglądamy, jak wygląda Czarek, nasz wokalista… Nie odwróciłaś głowy w tamtą stronę. – tłumaczył to wszystko opanowanym głosem, a mnie zdziwiła nagła powaga na jego twarzy.
- A nie powinieneś się przypadkiem zająć grą na perkusji, a nie obserwowaniem, czy ktoś na was patrzy, czy też nie?
- I. … - kolejny kopniak pod stołem – Jest dzisiaj w złym humorze, przepraszam.
- Ale mi nie jest przykro, więc dlaczego przepraszasz? – warknęłam przerzucając torbę przez ramię.
- Już wychodzisz? – podniósł się zaskoczony moim pośpiechem – Poczekaj! – podbiegł, gdy byłam już przy drzwiach ciągnąc za sobą Adę – Poczekaj! Będziesz tu jutro? Będziemy grać w tym lokalu do końca tygodnia! Spotkamy się jeszcze?
- Nie sądzę.
Szedł za nami do samego przystanku wymachując pałeczkami do gry we wszystkie strony. Zagadywał mnie, opowiadał żarty, z których Ada śmiała się głośno, mówił też o tym, co teraz robi – że studiuje na wydziale jazzu na wrocławskiej Akademii  Muzycznej, że założył zespół z kolegami z liceum, że mieszka we Wrocławiu od urodzenia…
Drażnił mnie. Drażnił mnie jego optymizm, sposób bycia, maniera nadmiernego gestykulowania przy opowiadaniu czegokolwiek… Drażniło mnie to wszystko niesamowicie! A najbardziej drażnił mnie fakt, że ten facet tak bardzo przypominał mi T., kiedy ten ma swoje dobre dni… T. z początku naszej znajomości… T. spontanicznego, rozpromienionego na mój widok, zazdrosnego o każde męskie spojrzenie, zasypującego mnie coraz to nowszą propozycja na spędzenie wolnego czasu… T. powodującego u mnie ekscytację, dreszczyk emocji, drżenie serca przed spotkaniem… A teraz co nam pozostało?...
RUTYNA…
Kocham mojego chłopaka. Bardzo. Ale to, że zaczynamy być ze sobą z przyzwyczajenia, że żadne z nas nie zabiega o uwagę drugiego… Fakt, że coś między nami wypaliło się, dobiegło końca… To mnie niszczy i przytłacza od środka…
Nie znosiłam Adama dlatego, że przypominał mi o tych wszystkich rzeczach, o których ja i T, zapomnieliśmy po kilku latach w związku…
CZAS NA ZMIANY…
Ta myśl obijała mi się po głowie, gdy stałam na przystanku sam na sam a Adamem i czekałam na tramwaj powrotny… Ada zostawiła nas kilka chwil temu odjeżdżając…
Zerknęłam na nadjeżdżający tramwaj, wsiadłam do niego, rzuciłam ostatnie spojrzenie na uśmiechniętego Adama i uniosłam dłoń imitując przy tym uśmiech na twarzy.
- Będę czekał na ciebie jutro, I.. W tej samej knajpie i o tej samej porze co dziś. – spuścił głowę, a następnie spojrzał na mnie spod kurtyny czarnej grzywki – Przyjdź, może cię zaskoczę i sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz. – wmurowało mnie.
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Zszokowana usiadłam na najbliższym plastikowym krzesełku w wagonie, w którym siedziały pijane nastolatki wracające z nocnej imprezy, facet z aktówką rozmawiający szeptem przez telefon i para staruszek rozprawiających i tym, że ich sąsiadka nie chodzi co niedzielę do kościoła…
Sprawię, że się w końcu do mnie uśmiechniesz…
Te słowa usłyszałam od T. w dniu, w którym postanowiliśmy być razem… W dniu, w którym doszłam do wniosku, że nie mogę całe życie uciekać przed światem, bo W. już mnie nie ochroni…
W ten jeden wieczór… Ten jeden chłopak…
Przypomniał mi o wszystkim…

Dlatego od środy, każdego wieczora idę do tej samej knajpy, o tej samej porze i siadam przy tym samy stoliku… czekam aż Adam skończy swój występ… i wtedy przysiada się do mnie… rozmawiamy…  ja mam poczucie, że odzyskałam pewną część siebie, którą zgubiłam… Byłam tam wczoraj, będę dzisiaj i jutro również się tam wybiorę… A po niedzieli coś wymyślę…
Nie chcę tracić znowu czegoś, co dopiero odnalazłam…
Kogoś, dzięki komu wrócę na właściwy tor, jeżeli zajdzie taka potrzeba…
Kogoś, kto jest najbardziej normalną, a zarazem nienormalną osobą, jaką miałam okazję spotkać do tej pory.


piątek, 13 kwietnia 2012

Kopniak w tyłek, czy może jednak doping???


             Chyba dotarłam w życiu do momentu, w którym powinnam spojrzeć na swoje odbicie w lustrze i powiedzieć sobie… że się pogubiłam. Bo jak inaczej nazwać fakt, że zaczynam czuć się przytłoczona swoimi obowiązkami, studiami, rodziną, znajomymi… Nawet T. doprowadza mnie do szewskiej pasji. A nie powinno tak być! Wiem, że nie powinno… Jednak z każdym dniem zaczynam zastanawiać się, zadaję sobie pytania – „Co ty tu właściwie robisz, I.? Jak do tego doszło? Czy to faktycznie jest to czego tak bardzo pragnęłaś?... Co chciałaś osiągnąć?”. No a potem wpadam w jeszcze większy grajdołek rozczulania się nad sobą… Zdaję sobie sprawę, że to do niczego nie prowadzi i trzeba wziąć się w garść. Łatwo powiedzieć - trudniej zrobić.
Wczoraj przejrzałam swój notes – mój stary notes sprzed czterech lat, w którym zapisywałam rozmowy z W.. Łapię się na tym, że uwielbiam przytaczać jego sarkastyczne riposty i charakterystyczne słowa, których używał. Jak to wytłumaczyć? Wystarczy jedno słowo – tęsknota. Potworna tęsknota…
Po moich zapiskach w notesie wnioskuję, że chwile spędzone z W. to najpiękniejszy okres mojego życia. Coś, czego nie potrafię zapomnieć… nie potrafię się pogodzić z jego odejściem… To mnie wyżera od środka… A ja wiem, że muszę TO zwalczyć zanim kompletnie mnie zniszczy.
Muszę zregenerować siły, bo nie mam czasu na odpoczynek. Mam masę rzeczy do zrobienia, skończenia, rozpoczęcia… Trzeba, że tak kolokwialnie napiszę – kopnąć się w tyłek – i ruszyć dalej z uniesioną głową. Przecież nie jestem słabeuszem… Jestem silna – silniejsza niż myślę.
Nie mogę się pogrążyć w rozpaczy. W. by tego nie chciał. Wiem, że byłby na mnie wściekły gdybym odpuściła.

- Chyba nie zamierzasz się poddać? – spojrzał na mnie krzywo, gdy rzuciłam ołówkiem w kąt, ponieważ po raz kolejny nie udało mi się uchwycić prawidłowo światłocienia na wazonie – I.?
- Jestem wściekła! Nie dobijaj mnie… - westchnęłam i podeszłam nalać sobie soku. W sumie to chciałam zyskać trochę czasu i rozładować emocje, bo najchętniej rozerwałabym ten cholerny rysunek na dodatkowe zajęcia plastyczne. Po co komu światłocień!? – Nie rozumiem idei oddawania realizmu przedmiotów. Dlaczego nie mogę narysować czegoś abstrakcyjnego!? To byłoby o wiele przyjemniejsze… - burknęłam podnosząc z podłogi ołówek i wracając na swoje miejsce.
- Sama chciałaś iść na lekcje rysunku, więc dlaczego się skarżysz? – wytyka mi moje decyzje. Zawsze to robił, gdy użalałam się nad sobą. To była moja decyzja, więc teraz muszę być gotowa na jej konsekwencje.
- Wiem, że chciałam! – warczę i strzepują jego ciężką rękę, gdy obejmuje mnie ramieniem – Ale myślałam, że będę mogła rysować to, co zechcę, a nie to czego nienawidzę…
- Ok, abstrakcja to twoja dziedzina. – czochra mi włosy i odchodzi w stronę swojej półki z książkami – Ale nie masz ochoty nauczyć się czegoś nowego? Odkryć czegoś nowego… - marszczę brwi zerkając na niego spode łba.
- Chcesz mnie w ten manipulatorski sposób namówić, żebym zaczęła rysować i przestała marudzić? – prycham, na co W. reaguje jedynie stłumionym śmiechem. Nie słyszę jak się śmieje, ale trzęsą mu się ramiona.
- Chcę, żebyś spróbowała znaleźć pozytywne strony. Popatrz na mnie, nienawidziłem poezji od zawsze. A tu w pewnym momencie trafiam na Edgara Alana Poe i… - pstryka palcami - …pokochałem jego utwory, jego wiersze! Nie tylko opowiadania.
- Nie porównuj mnie do siebie. Ty masz zlasowaną mózgoczaszkę…
- Słucham? – parska zaczepnie udając oburzenie – Z moją mózgoczaszką wszystko w porządku. Przyznaj po prostu, że boisz się, że ci się nie uda. Że nie podołasz zadaniu…
- Że niby ja nie potrafię tego narysować, tak!? – aż się we mnie zagotowało. A jego drażliwy ton działał mi na nerwy jeszcze bardziej niż nieudany szkic.
- Ty to powiedziałaś… - mruknął i wyciągnął kolejną książkę, a potem zajął miejsce na fotelu obok mnie – Przemyśl to.
- Nienawidzę, kiedy mówisz „przemyśl to”. – przedrzeźniłam go, a potem z wielkim oporem zabrałam się za nową kartkę i mowy rysunek – Nie poddam się… chociażby po to, żeby zrobić ci na złość… Ty zarozumiały popaprańcu ze zlasowaną mózgoczaszką… - warczę pod nosem przyciskając zbyt mocno rysik do papieru, prawie przebiłam kartkę.
- Cieszę się, że ci pomogłem… - wzdycha przekładając kolejną stronę i trącając mnie zaczepnie stopą. Uśmiecham się mimowolnie i zasłaniam twarz włosami, by nie sprawić mu satysfakcji.

W. potrafił mnie zdopingować. Może i dałam się zmanipulować, ale… pomagało.
A teraz mi tego brakuje…
Brakuje mi tej pomocy…
Tego kopniaka w tyłek, który mi zapewniał…


Zwariować można...